Muzyka Do Sprzątania – Kyuss – Wretch (1991)

Muzyka Do Sprzątania – Kyuss – Wretch (1991)

Wraz z początkiem jesieni wracamy do MUZYKI DO SPRZĄTANIA.

Chyba przyda nam się odrobina energii w sobotnie leniwe przedpołudnia.

Dzisiaj zespół, który powstał w 1987 roku i do dziś jest uważany za pionierów Stone Rocka.

Z ich pierwszej, bardzo surowej w brzmieniu płyty (Wretch) posłuchajmy pierwszego świetnego kawałka: Hwy74 – tak pod taką właśnie nazwą:) i dopiskiem: Beginning of What’s About to Happen.

Cała płyta jest po prostu świetna i do posłuchania na Spotify:
 

 

Zatem Kyuss 1991 rok

John Garcia– śpiew
Josh Homme– gitara
Brant Bjork– perkusja
Nick Oliveri– bass
Chris Cockrell– bass
 

 

Recenzja: Machine Head – Catharsis

Machine Head

Catharsis

—–

(2016) Nuclear Blast

 

Z Machine Head prawie od zawsze mam pewien problem. Mianowicie za każdym razem kiedy ktoś wymienia którąś z płyt ja znajduję się w opozycji względem przedstawionej opinii. Tak było zarówno z docenianymi przez większość „Burn my eyes” i „The More Things Change…” jak i niedocenianymi przez sporą grupę osób „The Burning Red” oraz „Supercharger”. Tych dwóch ostatnich słucha mi się akurat zdecydowanie lepiej niż jedynki czy dwójki. A jak ktoś ma z tym problem…to jego sprawa :). Wyjątek potwierdzający regułę stanowi chyba tylko „The Blackening”. Świetny album, który stanowił swoisty „skok jakościowy” w wydawnictwach formacji.

 

Następca „Bloodstone and Diamonds” został wydany 26 stycznia 2016 roku. Sama nazwa albumu dawała cień nadziei, że Machine Head po raz kolejny odbije krzywą wydawnictw górę i po średnim albumie nagrają coś przynajmniej dobrego (catharsis po grecku oznacza bowiem oczyszczenie, bardzo znamienna nazwa swoją drogą).

 

Miało być oczyszczenie a jest…nie wiem czy nie najgorsza płyta amerykanów. Strasznie to wszystko nijakie. Fakt, momentami jest masywnie jak na „Burn my Eyes”, chociażby w otwierającym płytę „Volatile”. Po ciężkim wstępie i niezwykle chwytliwym rytmie w zwrotce następuje jednak największa bolączka większości numerów – mierna melodia. W tym przypadku w refrenie. To samo tyczy się np. „Catharsis” czy „Bastards”. W „Kaleidoscope” niepotrzebnie wprowadzono pseudo patetyczne klawisze w refrenie (o skrzypcach pod koniec już nie wspominając). Miał być etos, jest szmira. Ot co. „Bastards” pretendować miał chyba do miana ballady. Wyszła kołysanka z niezrozumiałym dla mnie przyśpieszeniem w połowie. Strasznie po amerykańsku i brakuje tylko chóru śpiewającego z Flynnem żeby to wszystko ostatecznie dobić. Z drugiej strony kolejny spokojny numer, czyli „Behind a Mask” hipnotyzuje swoim klimatem. Tylko nie tego oczekuję od Machine Head. Tutaj ma być od początku dogrzane. Prosto i szybko, bez zbędnych udziwnień. Zdecydowanie ciekawiej robi się w „Heavy Lies The Crown”. Jest to taki „Rime of the ancient mariner” Catharsis. Perkusja wybija rytm a’la przejścia Nicko, cały numer rozwija się w poprawnym tempie. I nawet symfoniczne wstawki nie przeszkadzają tak jak na reszcie płyty. No i jest jeszcze „Razorblade Smile” którego początek żywcem wyjęty jest z utworu który jest chyba wszystkim w miarę znany – „Painkiller”. Dlaczego taki klasyk?? Łaj(no)??!!

 

Muzyka to jedno, ważne są też słowa. I tutaj także nie ma fajerwerków. Już witające „FUCK THE WORLD!” dało mi do zrozumienia że teksty dorównywać mogą poziomem muzyce. Rzeczywiście nie są wysokich lotów. Samo „Volatile” wybrzmiewa jak jakiś polityczny hymn.

 

„Don’t blame the false elites
when Nazi assholes march the streets”.

 

Brzmi znajomo?? Dla porównania słowa z „Crashing Around You” przy tym to poezja:

 

‘When I come for you
When I see through you
When I eat through you
When I destroy you’

 

Dwa fajne numery. Tyle dostałem w 2016 roku od tych czterech jankesów. Trochę mało, zważywszy na to, że od ostatniej płyty minęły cztery lata. Można było się postarać, a tak mamy rozbuchaną płytę z bardzo fajnymi momentami. Wolałbym na odwrót. Maybe next time mr. Flynn.

 

I podsumowując jeszcze jednym zdaniem: sporo epiki, słabe liryki, mały dramat.

 

—–

 

2/5

 

—–

Recenzja: Megadeth – Risk

Megadeth

Risk

—–

(1999) Capitol Records

 

Wstępniak.

 

Risk jest ósmym z kolei wydawnictwem amerykanów. Wydany w 1999 roku krążek zawiera 12 kompozycji (trzynaście wraz z bonusowym „Duke Nukem theme”, wydanym jedynie w Japonii). Numer ten skomponowany został przez niezwiązanego z zespołem Lee Jacksona specjalnie na potrzeby tworzonej w tamtym czasie platformówki – Duke Nukem – Manhattan Project). Album jest także pierwszym wydawnictwem nie nagranym w tzw. „klasycznym” składzie. Za bębnami Nicka Menzę zastąpił Jimmy DeGrasso.

 

Genezy nazwy „Risk” można upatrywać w kilku różnych przyczynach. Jedną z nich była opinia Larsa Ulricha, jakoby Mustaine nie podejmował ryzyka związanego z rozwojem stylu muzycznego Megadeth. Kolejną z przyczyn była chęć eksperymentowania Marty Friedmana z muzyką bardziej przystępną słuchaczom – popem. Nowy nabytek grupy, Jimmy DeGrasso, z kolei pragnął stworzyć album tak ciężki jak to tylko możliwe. W końcu, za namową managera, Buda Pragera, stworzono miks wszystkich pomysłów jakie pojawiły się podczas planowania płyty. Patrząc od tej strony nazwa „Risk” wydaje się być naturalnym wyborem.

 

Słowo na temat okładki. Oryginalna, przedstawiająca pułapkę na myszy widzianą z góry jest zdecydowanie lepsza od wersji która pojawiła się na remasterze z 2004 roku. Nowy cover Risk w mojej ocenie wygląda na bardzo niedopracowany. Z drugiej strony na oryginale logotyp Megadeth bije nieco po oczach kiczowatością. Kwestia gustu.

 
 
 

Recenzja właściwa.

 
 

Recenzja dla fanów Megadeth

 

Po serii świetnych, bardzo dobrze przyjętych albumów (z lat 86-94) zespół wydał „Cryptic Writings” – album znacząco odbiegający poziomem od wcześniejszych wydawnictw. Materiał ten jednak bronił się chwytliwością, momentami wirtuozerią gitarzystów, a już na pewno przebojowością. Taki „FFF” na przykład przez swoją punkową zadziorność na pewno robi furorę podczas odgrywania go na żywo.

 

Następny rozdział w twórczości Megadeth okazał się jeszcze większym krokiem w otchłań muzyki nie tyle popularnej, co pozbawionej typowego dla wcześniejszych dokonań drapieżnego charakteru. Radiowość materiału wylewa się z tej płyty litrami. Brak szybkich riffów tak typowych dla gitarzystów na „Rest In Peace” czy „Peace Sells…” (o „Killing is my Business” już nie wspominając) czy wybitnych solówek Mustaine’a także jest sporym minusem Risk.

 

Każdy z numerów jest na swój sposób innowacyjny w porównaniu z resztą dyskografii. I właśnie przez te dodatkowe smaczki mogą one irytować. W „Prince of darkness” na przykład Mustaine ewidentnie próbuje śpiewać z typową dla Jamesa Hetfielda nieco jodłującą i przeciągającą słowa manierą. W następnym z kolei singlowym „Crush’em” wykorzystano bardzo proste i nieciekawe sample, a odbiór „Wanderlust” mogą utrudniać gitarowe przestery. Co więcej, numer dosłownie brzmi jak jakiś odrzut z płyty Bon Jovi. Śmieszyć może również banalnie prosty w swojej złożoności refren „Ecstasy”. „Insomnia” natomiast jest próbą wskrzeszenia tematyki problemów Dave’a z alkoholem i narkotykami (podjętej w „Addicted to chaos” czy „Sweating Bullets”). Poprawnie podbudowane harfą i skrzypcami intro przeradza się w bardzo motoryczny utwór. I nawet powtarzane do znudzenia „Insomnia” wydaje się zabiegiem poprawnym (a na pewno nie nużącym jak w „The angel and the gambler” Iron Maiden).

 

Jak na ironię najbardziej metalowym okazuje się bonusowy instrumentalny „Duke Nukem theme”. Ciężkie riffy co chwila zmieniają tempo, i nawet z czasem głowa sama zaczyna poruszać się w rytm perkusji…

 

„Risk” jako płyta nagrana przez thrashową legendę nie mogła się udać. Materiału nie można traktować w kategorii Thrashu. Mało tego, bardziej skłaniałbym się do opisania albumu jako rockowy niż metalowy. Nie wiem czy to przez brak Menzy, zmęczenie muzyków ciągłymi sukcesami kolejnych wydawnictw i przekonanie o swojej „wielkości” czy po prostu twórczy dołek. Pewne jest tylko to że Risk jest najsłabszą pozycją w dyskografii zespołu. I ciężko będzie to przebić czymkolwiek. Punkt wyżej za bonus.

 

—–

 

2/5

 

—–

 

Recenzja dla fanów muzyki.

 

Czy Risk jest płytą bardzo dobrą?? Zdecydowanie nie. Czy jest płytą nieudaną?? Także nie. Jest po prostu inna. Tych dwanaście kompozycji może stanowić znak czasów w których powstawały. Czasów kiedy metalową zapaść twórczą przeżywały takie zespoły jak Kreator, Slayer czy Metallica. Megadeth jednak udało się osiągnąć coś czego wspomniane kapele na swoich albumach nie zawarły. A mianowicie melodyjność i autentyczną radochę. Z każdego z tych dwunastu numerów bije niekonwencjonalność, dodatkowo odsłuchując album po raz pierwszy możemy zaobserwować wszechobecny eklektyzm materiału.

 

Nie jest to płyta metalowa. I nie powinna być tak odbierana. Mnogość dźwięków i użytych dodatkowych instrumentów sprawia że Risk wychodzi poza ramy ciężkiej muzyki. Przykładem może być pierwszy w kolejności „Insomnia”, gdzie do podbudowania klimatu wykorzystano zarówno instrumenty smyczkowe jak i idiofonowe które stanowią świetne dopełnienie klimatu utworu. Motyw skrzypiec przeciągnięto także do następnego „Prince of darkness”. W kulminacyjnym momencie są one nawet użyte jako instrument solowy.

 

Chwytliwość, to chyba cechuje tę płytę najbardziej. Czy to w radiowym, nieco naiwnym „Breadline”, czy w kroczącym „The Doctor is calling”. Melodia sama wpada w ucho. To samo tyczy się bardziej złożonych partii w „Crush’em” dodatkowo wspartych w refrenie chóralnym wykrzyczeniem tytułu.

 

Umówmy się, muzycy nie pokazują tu całego swojego kunsztu, DeGrasso nie jest drugim Menzą, a Dave i Marty miewali już lepsze partie gitarowe. Ale tu nie chodzi o to jakimi muzykami są. Na tym albumie liczy się fun. A nie traktując albumu „Risk” jako typowy Megadeth można fajnie spędzić czas. I na koniec, cytując pewną reklamę pewnych złotych łuków: „No i fajnie”.

 

—–

 

4/5

 

—–

Recenzja: PAIN – Coming home

Pain

Coming home

—–

(2016) Nuclear Blast

 

„Wtórność, wtórność, wtórność nad wtórnościami…”

 

Powyższy cytat stanowi kwintesencję moich myśli, odczuć oraz doświadczeń kilka minut po drugim z kolei przesłuchaniu ostatniego dzieła Petera Tagtgrena. Powstały ponad dwadzieścia lat temu projekt miał być jedynie odskocznią muzyka od dotychczasowego zajęcia, jakim było granie w deathmetalowym Hypocrisy. Z czasem jednak projekt przerodził się w pełnoprawny zespół, ba, zaczęto nawet grać objazdowe trasy koncertowe. Od samego początku ból był także swego rodzaju fenomenem. W 2000 roku singiel „On and On” był najczęściej puszczanym numerem w szwedzkich dyskotekach. Mainstreamowy Tagtgren?? Damn nice…

 

Od tego czasu minęło jednak 17 lat oraz pięć albumów, a data dziewiątego września 2016 roku miała być planowanym, dziesięcioetapowym, ‘powrotem do domu‘. Jeszcze przed wydaniem krążka światło dzienne ujrzały dwa numery – „Black Knight Sattelite” oraz „Call Me” (ten drugi z gościnnym udziałem Joakima Brodena). Czarny Rycerz wywarł na mnie zdecydowanie pozytywne wrażenie. Delikatny, spokojny wstęp przeradzający się po chwili w kanonadę dźwięków i bardzo fajnie ewoluujące następnie w marszowe tempo zwrotki nie pozostawiły mnie obojętnym i już po chwili kołysałem głową w rytm muzyki. Od razu uśmiechnąłem się i pomyślałem że po raz kolejny skubańcowi udało się stworzyć coś megachwytliwego. Drugi z kolei udostępniony numer jednak znacząco stonował moje oczekiwania wobec płyty. Niby wszystko jest na miejscu, jest chwytliwie i jest szybko. Jednakże niepotrzebnie zaproszono do współpracy wokalistę z typowo germańską manierą wokalną. Joakim śpiewa po prostu kwadratowo, co znacząco zmniejsza płynność utworu, tak bardzo istotną nie tylko dla tego jednego numeru, ale również dla całej twórczości PAIN.

 

Poza „Black Knight Sattelite” na uwagę zasługuje również „Absinthe – Phoenix Rising”. Zagrany pod lata 70 numer z jednej strony bardzo softowy w zwrotce, z drugiej przyśpiesza i „odlatuje” w refrenie, co zapewne symbolizować ma właściwości psychoaktywne trunku którego nazwa została nadmieniona w tytule. Poetycki tekst jest idealnym dopełnieniem muzyki. Numer otrzymał także animowany obraz, nieadekwatny do tekstu, jednak warty obejrzenia.

 

Co do reszty materiału jest ona…poprawna. Marszowy początek „Final Crusade” z powodzeniem mógłby znaleźć się na kolejnym albumie Devina Townsenda (trzecia część Ziltoida się kłania :)), a refren przywodzi na myśl Beatlesów i ich „Revolution”. Skoczny „Natural Born Idiot” chwilami przypomina któryś z początkowych albumów Clawfingera, natomiast „Designed to Piss You Off” westernowymi wstawkami silnie nawiązuje do „Have drink on me” z Cynic Paradise.

 

Niezaprzeczalnym plusem kompozycji są orkiestrowe ścieżki których autorem jest muzyk Carach Angren – Ardek. Podbudowane pompatyzmem numery uzyskały w ten sposób iście filmowy patetyzm, co zdecydowanie wyszło całej płycie na dobre. Najlepszym przykładem jest tutaj „A Wannabe” gdzie partie te w pewnym momencie wysunięte zostały przed wszystkie instrumenty i stanowią kulminacyjny punkt numeru.

 

Poza dwoma świetnymi, wybijającymi się ponad resztę numerami oraz instrumentalną innowacją stylu w postaci orkiestry dostajemy w 2016 roku po prostu kolejny krążek oznaczony logiem PAIN. Aż chce się powiedzieć – niestety. Brak na płycie jednolitej jakości, tak dobrze znanej chociażby z poprzednika. Te dwa numery to stanowczo za mało jak na Petera, który przyzwyczaił już mnie do wysokiej jakości kolejnych swoich wydawnictw. Szkoda…

 

P.S. Po takim PAIN aż chce się jakiegoś Painkillera…

 

—–

 

3/5

 

—–

Recenzja: Mustasch – Testosterone

Mustasch

Testosterone

—–

(2015) Gain Records

 

Nienawidzę stoner metalu, tak samo jak nienawidzę psychodelicznego rocka, acid rocka oraz całego tego kultu lat 60. Nie rozumiem jak można zachwycać się Mastodonem, o Electric Wizard nie wspomnę. Jakież było moje zdziwienie kiedy odkryłem nieznany mi dotąd szwedzki unikat (opinia subiektywna), zespół Mustasch. A jeszcze konkretniej wydaną przez nich w 2015 roku (dziewiątą w dyskografii studyjnej) płytę pt. „Testosterone”. Album ten nie zmienił zbytnio mojego punktu widzenia na wyżej wymieniony nurt. Natomiast kompozycje zawarte na tej płycie są na tyle dobre że (jakimś bliżej nie znanym mi cudem) na kilkanaście dni zawładnęły moim odtwarzaczem bez reszty.

 

I żeby jeszcze uściślić, skandynawowie nie grają „czystego” stoner metalu. Jest to bardziej heavy ze sporą ilością stonerowych patentów. Podbrudzone, nieco garażowe (jednakże, co najważniejsze, wyważone) brzmienie, momentami przesterowane gitary oraz świetny i łatwo rozpoznawalny głos Ralfa Gyllenhammara to jednak elementy z miejsca nasuwające skojarzenia z gatunkami które apogeum popularności przeżywały ponad pół wieku temu.

 

Mustasch proponuje dźwięki niezwykle eklektyczne. Umiejętnie dopasowując do siebie oba style, tworzą harmonijną transparentność, w wyniku czego przeradza się ona w autentyczną chwytliwość kompozycji (przy zachowaniu odpowiedniego stosunku ciężaru do melodii).

 

Z „Testosterone” bije autentyczna siła. Kompozycje pomimo stonerowego „ciężaru” porywają unikalnego rodzaju polotem, a materiał zawarty na krążku jest dodatkowo niezwykle zróżnicowany. Z nieco popowego „Dreamers” zespół zabiera nas do typowego radiowego rockera –
„Be like a man” (wspartego w refrenie elektroniką), a zaraz za video clipowym, bardzo melodyjnym „Yara’s song” (z klimatycznymi, potęgującymi dramatyczność utworu skrzypcami) usłyszymy nieco kwadratowy „Breaking up With Disaster”. Po nim zespół zabiera nas z kolei do balladowego „The Rider” z harmonijką ustną, której dźwięk podczas odsłuchu przywołał u mnie obraz samotnego przemierzania pustkowia. Sporo tego jak na jedną płytę, a nie wymieniłem przecież wszystkich kompozycji…

 

Każdy z muzyków na tej płycie wydaje się być hermetyczną jednością z resztą zespołu, ciężko wybrać nawet w danym momencie jeden liderujący instrument. Gitary płynnie przeplatają się z perkusyjnym rytmem, i nawet szorstki głos Ralfa wtapiając się w rytm muzyki zamiast zwracać na siebie uwagę jest jej dopełnieniem (co nie jest równoznaczne z byciem jej tłem).

 

Wracając jeszcze do utworów, najlepszym z nich wydaje się być „Someone”. Bardzo melodyjny, rockowy walec okraszony świetnym tekstem. Niby o miłości, ale z przesłaniem niezwykle szczerym i ujmującym słuchacza. Żadnych rzewnych melodii. Nie wiem czy kiedykolwiek (nigdy nie mów nigdy, ale…) będą w stanie emocjonalnie przebić ten numer.

 

Po wielokrotnym przesłuchaniu krążka będę musiał chyba uważnie przewertować back-catalog Mustasch. „Testosterone” pozostawił we mnie zalążek chęci sprawdzenia innych pozycji formacji. I kto wie, może nawet ten nurt, tak chorobliwie przeze mnie pomijany, w końcu zadomowi się na mojej playliście. Czas pokaże.

 

—–

 

5/5

 

—–

Recenzja: Black Sabbath – 13

Black Sabbath

13

—–

(2013) Vertigo

 

Muszę się przyznać. Nigdy nie darzyłem przesadnym uwielbieniem Black Sabbath. Nie rozpływałem się w zachwycie nad riffami Tony’ego, nie padałem na kolana przed potęgą charakterystycznego wokalu Ozzy’ego. To nie od albumów ojców chrzestnych heavy metalu rozpoczynałem swoją przygodę z ciężkimi brzmieniami. Wręcz przeciwnie, płyt słuchałem późno, odkrywanie dźwięków niektórych z nich wciąż jeszcze przede mną. Zdecydowanie bardziej doceniam je teraz. Przed laty wydawały mi się momentami ciekawe, ale – o zgrozo! – za mało metalowe! Jednak gdy mgliste zapowiedzi nadchodzącego albumu powoli stawały się rzeczywistością, byłem już na tyle osłuchany z twórczością zespołu, że nie chciałem go przegapić. Zwłaszcza po znakomitym albumie, jaki Tony, Geezer i Dio zafundowali nam pod szyldem Heaven and Hell. Słychać było, że panowie są w świetnej formie, a „The Devil You Know” rozbudził mój apetyt.

 

A przecież „13”  mogła nigdy nie powstać… Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że drogi muzyków Black Sabbath rozeszły się na dobre. Ozzy karierą solową osiągnął pułap zarezerwowany dla rockowych ikon i marnował czas w telewizyjnym reality show. Tony zaś konsekwentnie, choć z różnymi efektami, kontynuował granie pod szyldem Black Sabbath.

 

Promyk nadziei zaświtał w 1998 roku, gdy oryginalny skład grupy zagrał w Birmingham. Występ wydano jako płytę pod obiecującym tytułem „Reunion”. Nadzieję dawał nie tylko znakomity koncert, na którym podekscytowany Ozzy wyznaje, jak bardzo brakowało mu kolegów z zespołu, ale i dwa nowe utwory studyjne. Wydawało się, że wszystko było na dobrej drodze do nowego albumu. Kto mógł przypuszczać, że trzeba nam będzie na niego poczekać prawie 15 lat…

 

W końcu stało się. 10 czerwca 2013 roku nowe dzieło Black Sabbath ujrzało światło dzienne. Panowie nie musieli nam niczego udowadniać, już dawno przeszli do historii swoimi pierwszymi płytami, tworząc fundamenty, na których powstał heavy i doom metal. Raczą nas ponad 50 minutami solidnego gitarowego grania. Śmiało czerpią ze stylu i klimatu, do jakiego nas przyzwyczaili na początku kariery, jednocześnie okraszając te 8 utworów brzmieniem jakości, którą możemy osiągnąć współcześnie. Słyszymy więc wspaniale brzmiącą gitarę Tony’ego, potężny pomruk basu Geezera i niepowtarzalny wokal Ozzy’ego. Wszystko oparte na porządnym riffie, odpowiednim ciężarze i nastroju. Raczej spokojnie, momentami wręcz dostojnie, choć kiedy trzeba, panowie odpowiednio podkręcają tempo. Odczuwający niedosyt mogą się zaopatrzyć w wersję deluxe albumu i posłuchać jeszcze trzech utworów. Nostalgię za minionymi czasami widać nawet w oprawie graficznej. Kto dzisiaj, zamiast użyć Photoshopa, tworzy prawie dwuipółmetrową wiklinową rzeźbę i podpala ją, aby jej zdjęcie mogło się znaleźć na okładce albumu?

 

 „Is this the end of the beginning? Or the beginning of the end?” – takimi słowami Ozzy wita się z nami w utworze rozpoczynającym album. I jednocześnie żegna, mimo że ostatecznym rozstaniem zespołu z fanami jest wydane w 2017 r. nagranie ostatniego koncertu grupy „The End”. Lecz to właśnie tymi słowami i kończącym finałowy „Dear Father” odgłosem burzy nawiązującym do legendarnych już pierwszych sekund debiutu grupy historia zatacza koło i symbolicznie kończy się pewna epoka w dziejach ciężkiego grania. W godnym stylu, bez rewolucji, ale bardzo porządnie i z poszanowaniem dla własnego dorobku.

 

A czy świat po tylu latach potrzebował jeszcze jednej płyty Black Sabbath? Nie wiem, ale słuchając jej, cieszę się, że ją otrzymaliśmy. Fajnie było znów usłyszeć tę trójkę razem, tym bardziej że mało brakowało, a „13” mogłaby nigdy nie powstać…

 

—–

 

4/5

 

—–

Rzeźnia dla Lunatyków: Podsumowanie festiwalu Brutal Assault 2018 cz.1

Recenzujemy pierwsze dwa dni festiwalu, mówimy o najlepszych zespołach i tych trochę słabszych oraz o wpadkach organizacyjnych. Puszczamy nagrywane przez nas kawałki koncertów!

 

Recenzja: Judas Priest – Firepower

Judas Priest

Firepower

—–

(2018) Columbia Records

 

Zawsze gdy wybitny, zasłużony dla muzyki artysta wydaje nową płytę mam pewne obawy. Czy sprosta oczekiwaniom fanów i czy nie zapędzi się w autoplagiat. Judas Priest w swoim dorobku posiada płyty wybitne, które stanowią kanon ciężkiej muzyki (jednak były one nagrywane bardzo dawno temu). Posiada także płyty dobre, jak chociażby ostatni, wydany w 2014 roku „Redeemer of souls”. Po powrocie „jedynego prawowitego frontmana” zespół nagrał jednak także dwupłytowy koncept pt.„Nostradamus”, który przez spore grono odbiorców postrzegany jest jako jedna z najsłabszych pozycji w dyskografii. W mojej opinii jest on całkiem niezły, jednak od Brytyjczyków zawsze oczekuję czegoś przynajmniej bardzo dobrego.


Nowa płyta legendy z Birmingham została nazwana „Firepower”. Mocny tytuł został wkomponowany w ognistą, bardzo dynamiczną okładkę, na której Titanicus (tak nazwano postać ze zdjęcia) wyłania się spośród płomieni. Jeszcze przed premierą albumu, zespół udostępnił dwa videoclipy (odpowiednio do „Lightning Strike„ i „Never the Heroes„). Utwory te bardzo różnią się od siebie. Pierwszy to typowa judaszowa galopada ze świetną gitarą prowadzącą i charyzmatycznym zaśpiewem Halforda. „Never the heroes„ to z kolei bardzo klimatyczny „bujak„ z podniosłym wstępem i niezwykłą nośnością w zwrotce. Tekst tego drugiego w moim przekonaniu jest jednym z najlepszych jakie Rob kiedykolwiek napisał.


Ostatecznie na płycie zostało wydanych 14 kompozycji (z czego jedna, „Guardians” jest miniaturowym wstępem do właściwego utworu.). Płyta od początku nie pozostawia złudzeń z czym mamy do czynienia. Jest to najlepszy, od czasów Painkillera, album Judas Priest i jedna ze sztandarowych pozycji w ich dyskografii. Osobiście stawiam ją jako czwartą w kolejności (zaraz za wyżej wspomnianym, „Screaming for Vengeance” oraz „British Steel”).


Siłą „Firepower” jest jej bezpretensjonalność oraz autentyczna radość bijąca z każdego numeru. Zespół nie sili się na odkrywanie nowych rejonów i zaskakiwanie fanów. Gdzieniegdzie słychać echa Painkillera (chociażby singlowy „Lightning Strike”), drugi z przedpremierowo zaprezentowanych numerów z powodzeniem mógłby znaleźć się na „Screming for Vengeance”, a np. „Rising from Ruins” wpasował by się bez najmniejszych problemów w materiał z „Defenders of the faith”.


Oczywiście do kopiowania samych siebie jest zespołowi bardzo daleko, i żadne zjadanie własnego ogona nie wchodzi w tym przypadku w grę. Zarówno płyta jak i poszczególne numery mają swoją indywidualną tożsamość.


Było o plusach. Teraz czas na łyżkę dziegciu w postaci „Flame thrower”. Utwór jest…nijaki. Posiada bardzo słaby refren oraz nudne i przewidywalne riffy. Partie gitar miejscami na siłę próbują być koloryzowane zmiennymi tempami, które zamiast poprawiać odbiór kompozycji dodatkowo go osłabiają. Natomiast solówka, pomimo odczucia powtarzalności, jest chyba najjaśniejszym punktem numeru.


Judas Priest nagrał prawdopodobnie jeden z najlepszych (o ile nie najlepszy) album w tym roku. Ostatnim tak dobrym krążkiem był dwudziesto-ośmio już letni „Painkiller”. I choć wiadomo od zawsze (czyt. od chwili wydania), że tego albumu nigdy zarówno kompozytorsko jak i wykonawczo nigdy już niczym nie przebiją, to jednak warto starać się mu kolejnymi wydawnictwami dorównać. Wtedy na pewno będziemy mieli do czynienia z metalem najczystszej próby. Albo tak jak w tym przypadku – z ogniem. Zatem ognia !

 

—–

 

5/5

 

—–

Recenzja: Iron Maiden – The X Factor

Iron Maiden

The X Factor

—–

(1995) EMI

 

Dziesiąta płyta Maiden była być może największym sprawdzianem (wyzwaniem?) dla zespołu w jego ponad 40 letniej karierze. Po raz pierwszy od trzynastu lat muzycy musieli się bowiem zmierzyć z nagraniem nowego materiału bez człowieka – charyzmy, bez Bruce’a Dickinsona.


Bruce od jakiegoś czasu był niezadowolony z muzycznego kierunku jaki zespół obierał. Lider formacji, Steve Harris, dążył mianowicie do ciągłego rozwijania instrumentarium używanego podczas nagrywania płyt (czego doświadczmy chociażby w postaci syntezatorów na „Somewhere in time”), wokalista z kolei proponował pójście w stronę bardziej progresywnego grania. Taki stan rzeczy skutkował nieuwzględnianiem pomysłów frontmana podczas pisania nowych utworów. Dodatkową przyczyną odejścia był zatarg z ‘arrym (przydomek Harrisa) który oczekiwał całkowitego poświęcenia się macierzystej formacji. Dickinson natomiast chciał równocześnie śpiewać w Iron Maiden oraz rozwijać swoją solową karierę. Koniec końców w tamtym czasie ostatnim wydawnictwem z Brucem była koncertówka „A Real Live Dead One”.


Na nowy głos formacji w 1994 roku wybrano Blaze’a Bayley’a (wcześniej od 10 lat udzielał się on w grupie Wolfsbane), a rok później światło dzienne ujrzał czynnik X.

Album jest dziesiątym wydawnictwem formacji (co symbolizować ma X w nazwie) i zawiera jedenaście kompozycji. Od samego początku jest bardzo mroczno, a momentami wręcz duszno. Taka koncepcja obrana na albumie była wynikiem problemów lidera formacji w życiu osobistym. W tamtym czasie strapieniem Harrisa był nie tylko żal po utracie przyjaciela, jakim niewątpliwie dla reszty zespołu był BD, ale także rozwód z żoną oraz śmierć ojca. Nawet okładka nie przypomina jakiegokolwiek poprzedniego artu. Zrezygnowano z rysunku zastępując szkic zdjęciem wyrzeźbionego modelu.


Co do samych kompozycji, poza dusznym klimatem nadal słychać że to Maiden. Murray wraz z Gersem wywijają karkołomne solówki (szczególnie przypadła mi do gustu szarża pięciostrunowców w „Sign of the Cross”, gdzie po spokojnym fragmencie następuje istna nawałnica riffów), Harris plumka basem z typowym dla siebie wyczuciem, a Nicko bez skrupułów obija swój zestaw perkusyjny. Pomimo odejścia od rozwijania muzycznego instrumentarium zapoczątkowanego na „Somewhere in Time” nadal, jednakże w bardzo małej ilości, pojawiają się gdzieniegdzie syntezatory ( np. „Fortunes of war”). Występuje także o wiele więcej utworów spokojnych.


Bayleyowi muszę poświęcić osobny akapit. Jako wokalista zastępujący legendę spisał się całkiem nieźle. Posiadając głęboki, znacznie niższy od poprzednika, głos świetnie wpasował się w klimat całego albumu. Kiedy trzeba potrafi jednak (czysto!) przejść z dolnych rejestrów do wyższej tonacji. Słychać w sposobie jego śpiewania spory ładunek emocjonalny. Jednak…nie jest on Brucem. I to jest największy mankament płyty. Na koncertowych wersjach numerów „The Sign of the cross” czy „The Clansman” (numer z „Virtual XI”) słychać bardzo dobrze kto tak naprawdę wydobył by 110% potencjału tego materiału.


Koniec końców płyta w mojej ocenie jest bardzo udaną pozycją w dorobku zespołu. Pomimo zmiany wokalisty Ironi utrzymali wysoką jakość kompozytorsko – wykonawczą, i pomimo że odbiór materiału wypaczać może świadomość słuchacza kto stoi za mikrofonem, warto zapoznać się z tą niezwykle udaną pozycją.

 

—–

 

5/5

 

—–

Czy sztuka narodowa to tylko i wyłącznie kicz i propaganda? cz.2

Czy sztuka narodowa to tylko i wyłącznie kicz i propaganda? cz.2

Czy każda sztuka narodowa jest tak zła jak film Smoleńsk?

Czy sztuka narodowa to czysta propaganda?

Skąd mamy tylu nacjonalistów w Polsce?

Czy PIS wychowa sobie neofaszystów?