Recenzja: Kobong – Kobong

Kobong

Kobong

—–

(1995) Polygram

 

„Kultowy”. Słowo używane i nadużywane dziś nagminnie. Utwory czy albumy ogłaszane są kultowymi nierzadko już w momencie premiery, a nawet jeszcze przed nią. To jedno z najbardziej irytujących mnie określeń, za każdym razem, gdy je słyszę, zapala mi się światełko ostrzegawcze.
Paradoksalnie, właśnie ten przymiotnik nieuchronnie przychodzi mi na myśl, gdy myślę o grupie Kobong i ich debiucie. Bogdan Kondracki, Wojciech Szymański, Robert Sadowski i Maciej Miechowicz nagrali album wyjątkowy w historii polskiego ciężkiego grania.

 

Utwór „Rege” po raz pierwszy usłyszałem w połowie lat 90. Zrobił na mnie tak duże wrażenie, że ani chwili nie wahałem się, czy wysupłać pieniądze na oryginalną kasetę. Intrygujący początek ze śpiewem a capella, kilka chwytów charakterystycznych dla muzyki z Jamajki i po chwili porywa nas rewelacyjny rytm ciężkich gitar. Głowa sama chodzi, zupełnie jak publiczności w promocyjnym wideoklipie, który często można było oglądać w programie muzycznym NTW, jednej z pierwszych prywatnych telewizji w Polsce. Ciężko, agresywnie, różnorodnie. Takiego reggae mogę słuchać na okrągło. Dalej jest tylko lepiej.

 

Równie porywające rozpędzone „Zbrodnie” czy pulsująca „Taka tuka”, wściekłe „Jeżeli chcę”, zgniatający ciężarem „Zanim” czy rewelacyjnie łącząca to wszystko moja ulubiona „Dolina”. Niebanalne riffy, zmiany tempa, intrygujące polskie teksty, onomatopeje w wokalu Bogdana. Na szczęście panowie nie zatracili się w swych poszukiwaniach, stworzyli przemyślaną, ale nieprzekombinowaną, nieschematyczną i momentami wspaniale intrygującą muzykę. Coś dla siebie mogli odnaleźć zarówno miłośnicy heavy metalu, jak i rockowej alternatywy. Nic dziwnego, że debiut grupy zauważyli krytycy i zespół został nominowany do Nagrody Muzycznej „Fryderyk” w 1995 roku w dwóch kategoriach – fonograficzny debiut roku i album roku muzyki alternatywnej. Laurów nie zdobył. Pokonali go… debiutująca Edyta Górniak i Liroy z „Alboomem”. Jestem przekonany, że w swojej klasie Kobong byłby bezkonkurencyjny.

 

Dawno nic mnie tak nie ucieszyło jak wiadomość, że na jesieni 2018 r. ukażą się reedycje obu albumów Kobonga. Za nigdy niewznowione pozycje na aukcjach internetowych trzeba było płacić krocie – ale nawet nie to było najważniejsze. Przede wszystkim nie mogłem się doczekać, kiedy nie będę już musiał słuchać marnej jakości empetrójek. Chyba nie byłem w tym czekaniu osamotniony, bo przez pewien czas w empiku „Kobong” był najchętniej zamawianym przedpremierowo albumem. A przecież nie mówimy o muzyce popularnej.

 

28 września 2018 r. lata cierpliwości nareszcie zostały wynagrodzone. W prostym, a zarazem eleganckim digipaku debiutanckiej płyty znajdziemy dwa dyski CD, właściwy album i zapis koncertu z 1994 r. w warszawskim Remoncie.

 

Początkowo zaskoczył mnie brak komentarza w książeczce, który tak chętnie jest dziś zamieszczany we wszelkiego rodzaju reedycjach. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że przecież byłyby to niepotrzebne didaskalia. Ta muzyka naprawdę nie potrzebuje dodatkowego komentarza. Nareszcie słucham jej w jakości, na którą ona zasługuje, i wciąż nie mogę się nadziwić, że prawie ćwierć wieku temu ktoś u nas potrafił tak grać. Mam nadzieję, że dzisiaj utwory te zdobędą uwagę, na jaką bez wątpienia zasługują.

 

Zazdroszczę nowym słuchaczom, którzy odkrycie tej fantastycznej muzyki mają wciąż przed sobą. A ja z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy naiwnie zastanawiałem się, jaką to Wandę chce poślubić Bogdan w „Rege”… No i nareszcie na dobre odstawiam kasetę do mojej kapliczki z nagraniami ponadczasowymi, legendarnymi, wyjątkowymi… Po prostu kultowymi.

 

„Aż w końcu nadchodzi ten dzień/ Kiedy trzeba urwać sobie głowę/ I trzymać ją mocno zaciśniętą pięścią/ Żeby uwierzyli…”. Ja wciąż wierzę.

 

—–

 

5/5

 

—–

Recenzja: Striker – Play To Win

Striker

Play to Win

—–

(2018) Record Breaking Records

 

Kanadyjski Striker atakuje po raz szósty, a jakość zawartego na krążku materiału zdefiniowana jest w tytule płyty… i na tym mógłbym skończyć recenzję tegorocznego wydawnictwa muzyków z Edmonton. Jednak materiał wart jest dokładniejszej analizy, zatem…

 

Zatem po dość średniej zeszłorocznej płycie okraszonej jakże znamiennym tytułem „Striker”, muzycy zawzięli się i pokazali, że są jednym z najlepszych nowofalowych zespołów grających w starym dobrym heavy metalowym stylu. Klimat lat osiemdziesiątych wręcz wytapia się z krążka. To nie koniec nawiązań do przeszłości! Zacznijmy od okładki. Zarówno kolory (fiolet, niebieski, żółty), jak i kształty (zbiegające się w oddali linie, pomarańczowo-czerwone gradienty zawarte w kole mające imitować zachodzące słońce oraz mozaika złożona z czterech wilków) są żywcem wyjęte z wizualnej stylistyki panującej bagatela czterdzieści (!) lat temu. Ramię w ramię z okładką płyty podąża animacja do pierwszego singla z „Play to Win”, czyli ograne już przeze mnie do bólu „Heart Of Lies”. Bardzo szybkie tempo clipu, błyski, neony, częste dynamiczne efekty zmiany kąta kamery…lata osiemdziesiąte pełną parą. No i ten utwór…

 

Taaakkk…muzyka zawarta na krążku niby osadzona w retrospektywnej stylistyce, jednak brzmi niezwykle świeżo, wręcz ożywczo. Bardzo chwytliwe wymienione przeze mnie wcześniej „Heart Of Lies”, „Position Of Power” czy „The Front” posiadają w sobie prawdziwą magię. Magię szczerości, prawdziwości, bezkompromisowości i autentycznego zatracenia się zespołu w wygrywanych dźwiękach. Dawno już żadna płyta nie uzależniła mnie tak od siebie. Tutaj udało się to z nawiązką.

 

Gitarzyści zadbali o najwyższych lotów riffy i praca właśnie tego instrumentu to jedna z najmocniejszych stron nowych kompozycji. W „On The Run” na przykład od samego początku jest klimatycznie, nadając odpowiednio przyśpieszone tempo całej kompozycji uzyskano efekt przypominający tytułowy bieg. W feeling’owym „Play To Win” wprowadzono iście glam rockowe wstawki, jednak niepozbawione pazura. Gitarowa pierwsza klasa.

 

Ogólnie płytę można podzielić na dwie części. Pięć początkowych kompozycji jest czysto metalowych. Tego typu dźwięki zawsze zestawiam z nocną jazdą samochodem. Pusta droga, światła lamp, ryk silnika i motoryczna muzyka podkręcająca adrenalinę. Tutaj pierwsza połowa recenzowanego przeze mnie albumu powinna sprawdzić się znakomicie. Druga część krążka to wyraźne zwolnienie, postawienie na emocje kosztem szybkości. Zabieg o tyle wart uwagi, że nie trzeba programować kolejności odtwarzania muzyki, kiedy ma się ochotę na określony klimat piosenek.

 

Striker A.D. 2018 to w moim odczuciu jedna z najlepszych płyt tego roku. Nie tylko ze względu na udane przywołanie ducha lat ‘80, epoki, w której niedane mi było żyć świadomie, a która była przełomowa dla rozwoju całego gatunku (czego z muzycznego punktu widzenia żałuję), ale także ze względu na namacalną ewolucję stylu zespołu. W czasie kiedy większość podobnych zespołów robi krok wstecz (przykładowo Skullfist lub Steelwing) Striker razi precyzją i siłą materiału. Nawiązując do początku recenzji, nagrali album, żeby w tym roku wygrać. I dla mnie wygrali.

 

—–

 

5/5

 

—–