Behemoth

I loved you at your darkest

—–

(2018) Nuclear Blast

 

Cztery długie lata kazał Behemoth czekać na swój nowy materiał. Powoli zmieniają się chyba w Iron Maiden, bo „Evangelion”, poprzedniczka „The Satanist”, wyszła z kolei 9 lat temu. Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że po sataniście nie miało się już spod ich szyldu nic ukazać, można powiedzieć, że tych 48 miesięcy oczekiwania to tyle, co nic. A na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat już niejednokrotnie udowadniali, że warto wyczekiwać ich wydawnictw.

 

Trójmiejska bestia jest swojego rodzaju zespołem progresywnym. Sukcesywnie bez skrupułów podąża za swoim liderem szlifując i udoskonalając swój warsztat od samego początku. Od czasu wydania „Pandemonic Incantations” z albumu na album uzyskują również coraz potężniejsze brzmienie, lepszą produkcję oraz w pewnym sensie podbijają pompatyczność utworów.

 

Nowa płyta zawiera mnóstwo niekonwencjonalnych, wcześniej niewykorzystywanych przez zespół rozwiązań, np. zastosowanie chórów dziecięcych czy nietypowe behemothowe balladowanie w „Bartzabel” (nigdy nie spodziewałbym się takiego utworu na płycie Nergala) oraz niepokojąco spokojny początek „Havohej Pantocrator”. Ujmujące jest także nagłe przejście ze ściany gitar do dźwięków gitary klasycznej pod koniec „Ecclesia Diabolica Catholica”. Wykorzystanie tego typu elementów na ILYAYD może być spowodowane wcześniejszymi zapędami A.D. (jak to brzmi!) w rejony tak dalekie muzyce metalowej. Można pokusić się o stwierdzenie, że Me And That Man poniekąd zdefiniował formę przekazu tegorocznego krążka Gdańszczan.

 

Co do samej warstwy wizualnej, rzuca się w oczy bardzo ładna, po raz kolejny malowana, okładka. Podsumowałbym to jako „Stary człowiek i plama”. Bo co niby przedstawiać ma bladoniebieska chmura na górze obrazu?? Przypomniał mi się kadr z filmu „Jaś fasola – nadciąga totalny kataklizm”. Obraz „Matka Whistlera” został potraktowany przez Mr. Beana dokładnie w ten sam sposób. Został rozmazany. Tutaj jest to zapewne zabieg celowy. Trochę dla mnie niezrozumiały, ale sztuka ma podobno życie komplikować, a nie upraszczać. Udało się.

 

Paradoksalnie jedynym „mankamentem” albumu jest jego kompozytorsko-dźwiękowa innowacyjność jakże daleka od tego, co zespół serwował do tej pory. Może być to przeszkodą nie do przejścia la tych, którzy oczekiwali powrotu do albumów „Satanica” czy „Zos Kia Cultus”. Dla reszty powinien być to jeden z najlepszych tegorocznych albumów.

 

—–

 

4/5

 

—–

(Visited 99 times, 1 visits today)
Grzegorz Gruszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.