Anthrax

For All Kings

—–

(2016) Megaforce Records

 

Anthrax powrócił w wielkim stylu! Poprzedni materiał („Worship Music”) wydawał mi się zbyt ciężki jak na zespół który w swojej historii bardzo często spoglądał w stronę punkrocka (chociażby cover Joe Jacksona – „Got the Time”) czy wręcz ciężkiego rocka („Only”). Przynajmniej ja go zawsze tak kojarzyłem. Melodyjnie, nieco skocznie, rebeliancko. Żadnej Mustaine’owej wirtuozerii, żadnej brutalności Slayera. Tylko zabawa, fun w najczystszej postaci. Worship natomiast był dla mnie zbyt toporny, nie miał tej szczypty szaleństwa która cechowała wczesne dokonania wąglika.

 

Tytuł „For All Kings” (według zapewnień samych muzyków) ma symbolizować wolność i niezależność człowieka. Każdy jest kowalem własnego losu, każdy odpowiada za siebie. Nieco przewrotnie wygląda to w zestawieniu z okładką na której zespół na tle anthraxowego witrażu parodiuje wyglądem biskupów. Dodając do tego wiernych którzy z dolnej krawędzi lgną w kierunku światła bijącego z logotypu stworzyła mi się w głowie pewna interpretacja przekazu – fani są dla zespołu jak wierni a muzyka zawarta na krążku jest ich religią. Brzmi sensownie??

 

Album zawiera w podstawowej wersji jedenaście numerów, w rozszerzonej zostały dodane cztery bonusy w wersji live („Fight’em’til You Can’t”, „A.I.R.”, „Caught in a mosh”, „Madhouse”). Pominę kwestię wokalną, Belladonna nie jest niestety już tak dobrze wyciągać madhouse’owych gór, znacznie lepiej wypada „Caught in a mosh” (szczególnie wyryczany przez zespół refren, momentami przepleciony chóralnym skandowaniem fanów).

 

Muzyka zawarta na krążku jest niejako powiewem świeżości względem kilku wcześniejszych dokonań formacji. Ostatnio taką frajdę ze słuchania albumu Anthrax miałem (chyba) po raz pierwszy słuchając „Persistence of time”, czyli albumu nagranego (o zgrozo) prawie 30 lat temu…dziwne ale prawdziwe. Warsztatowo jest na najwyższym poziomie. Ian dzierga na swoim Jacksonie jak przystało na legendę. Gdzie trzeba zwolni („You gonna Believe”), gdzie indziej zagra z niezwykłym feelingiem („Monster at the End”). Belladonna dwoi się aby wokale były urozmaicone. I nawet „nowy” nabytek – Jonathan Doinas – na swoim pierwszym pełnoprawnym albumie trzyma poziom.

 

Z ciekawszych numerów wyróżnić można „Breathing Lightning” – utrzymany w średnim tempie rocker. Bardzo fajnie budowane jest tutaj preludium do refrenu („stopniowane” wokale) przeradzają się w refren stanowiący chyba najbardziej melodyjny moment albumu. Numer wręcz radiowy (w pozytywnym znaczeniu tego słowa). Niezwykle pozytywna rzecz.

 

Z kolei istnym diamentem na płycie jest „Blood Eagle Wings”. Posiada ciężki, walcowaty riff na początku który przełamany jest eklektycznymi dźwiękami znanymi z albumów Ayreon. Bardzo fajnie wypada tutaj refren poprzedzony dostojnym budowaniem klimatu przez Belladonnę w kroczącej wręcz zwrotce. W 3:15 rzecz nabiera niebywale bujającego tempa. Wspominałem wcześniej o feelingu?? Tutaj mamy jego esencję.

 

Na sam koniec Anthrax przyszykował istną thrashową młóckę. Prawie czterominutowa łupanka „Zero Tolerance” przywołuje na myśl najlepsze albumy zespołu. Zróżnicowany, szalony refren z bardzo skocznym tempem nie powinien pozostawić obojętnego na dźwięki żadnego fana starego dobrego oldschoolowego amerykańskiego Thrash Metalu.

 

Szczerze polecam zaznajomienie się z „For all kings”. Materiałem z jednej strony nieco bezkompromisowym, z drugiej w nawale albumów nowych, młodych kapel potrafiącym umiejętnie obronić się i wyjść na swoje.

 

—–

 

4/5

 

—–

(Visited 48 times, 1 visits today)
Grzegorz Gruszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.