Sleep

The Sciences

—–

(2018) Third Man Records

 

„Nie oceniaj książki po okładce” – pewnie każdy z nas to słyszał. „Nie oceniaj płyty po okładce” – mógłbym dodać. Może to być równie krzywdzące dla słów, jak i dla muzyki. Z drugiej strony o tym, czy wezmę do ręki płytę zespołu, którego twórczości jeszcze nie znam, często decyduje przecież właśnie okładka. Doceniam i ją, i całą oprawę graficzną heavymetalowych wydawnictw. Nieraz pełną wspaniałych ilustracji uzupełniających i podkreślających charakter muzyki; nierzadko stanowi ona wartość samą w sobie. Tak, okładka decyduje. Wraz z logo zespołu jest sugestią, jakiego rodzaju dźwięki usłyszę, gdy odpalę ozdobioną nimi płytę.

 

Przeglądając CD w sklepie, niechybnie bym dokonanie Amerykanów zignorował. Zespół Sleep z płytą „The Sciences” i astronauta na okładce? Początkowo uznałem, że ktoś przez niedbalstwo na półkę z heavy metalem odłożył album ze smęcącym rockiem progresywnym lub muzyką do dokumentów o kosmosie. Gdybym zniesmaczony od razu odszedł, wypuściłbym z ręki bilet na jedną z najbardziej odlotowych międzygwiezdnych podróży.

 

Album rozpoczynają dziwne piski i sprzężenia – nie byłem pewien, co mnie czeka dalej, jakiej muzyki się spodziewać. Lecz już po pierwszych taktach drugiego utworu pewności nabrałem. Pierwotnie umknął mojej uwadze znaczący szczegół na okładce. Teraz już przyjrzałem się uważnie: zadymiony hełm astronauty, coś żarzącego się na jego skafandrze. Wiedziałem, czym jest unosząca się przy postaci dziwna kępka. Zerknąłem na dymiący na tylnej stronie okładki kosmiczny pojazd, zerknąłem na tytuł utworu: „Motyw z Marihuanautów” – i wszystko jasne. To podróż przez pola haszteroidów na planetę Iommię, gdzie nasza kapsuła z głośnym pluskiem opadnie do morza THC. Wędrówka z konopnym dymem w płucach i z Black Sabbath w sercu. W towarzystwie potężnych przesterowanych gitar, czyli przy dźwiękach rasowego stoner/doom metalu.

 

Ten początek, choć apetyczny, to tylko przedsmak dalszych atrakcji. Resztki niezdecydowania wypalają się przy rytmie ciężkiego riffu, którym rozpoczyna się następny w kolejności „Soniczny tytan”. Członkowie Sleep mają mnie w garści i nie wypuszczą z niej aż do końca. Przy tak fantastycznie płynącej muzyce nawet nie zauważam, że przez ponad 12 minut słyszę zaledwie dwa wersy tekstu. „Soniczny tytan” i kolejne dwa kilkunastominutowe kolosy – „Giza Butler” i „Antacticans Thawed” – to główna treść albumu i zarazem esencja muzyki Sleep. Pięknie wibrujące gitary, basowe pomruki, niewymuszone solówki. Powtarzające się motywy nie nużą, jest ciężar, ale i dużo luzu, przestrzeni, radości z grania. Tego właśnie się oczekuje od zespołu grającego już, co prawda z dużą przerwą, od ponad 30 lat. A na końcu instrumentalny „The Botanist”. Ani przez chwilę nie mam wątpliwości, jakie rośliny uprawia zespół przy tej kończącej naszą kosmiczną wyprawę fantastycznej melodii.

 

Choć grupa jednoznacznie sugeruje, że zielone ziele jest niezbędne do przeżycia nie tylko w gwiezdnych przestworzach, ale i na Ziemi, to wcale nie trzeba się nim wspomagać, aby wyruszyć ze Sleep w drogę na orbitę i poza nią. Bez obaw zapisujcie się więc na zajęcia, wykładane przez nich nauki są bardzo przyjemne. Zasnąć na pewno nie zaśniecie.

 

—–

 

5/5

 

—–

(Visited 43 times, 1 visits today)
Paweł Kapusta

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.