Rotting Christ

Heretics

—–

(2019) Season of Mist

 

Rotting Christ jest istnym ewenementem na greckiej scenie metalowej. Istniejąca od 1987 roku, nieprzerwanie od 1992 roku wydająca kolejne krążki ostoja Hellady, prowadzona przez charyzmatycznych braci Tolis, przez wszystkie lata działalności nigdy nie zeszła poniżej pewnego poziomu. Poziomu niedostępnego dla większości muzyków. Wszystkie 12 albumów (licząc do „Rituals”) zawsze posiadały pierwiastek (o ile nie boskości) specyficznej mistycznej aury otaczającej słuchacza podczas kolejnych obrotów któregokolwiek z wydawnictw. Klimat ten w połączeniu z chwytliwością i ciężarem płyt zawsze stanowił sól ich muzyki.

 

Od pewnego czasu Rotting Christ w swojej muzyce w dodatku ewoluuje. Mniej więcej od „Sanctus Diavolos” (2004 rok) Sakis sukcesywnie porzuca swoje blackmetalowe korzenie na rzecz coraz głębszego „rozwoju duchowego” swoich kompozycji. Słabnący z albumu na album szał i zło które tak znamiennie sączyło się z debiutu ustępuje chórom, zwolnieniom, ciężarowi, a nawet dźwiękowej „duszności” wypełniającej otoczenie odbiorcy.

 

Ostatni w dyskografii, wydany w 2016 roku „Rituals”, pomimo znamiennych elementów kompozycyjnych posiadał jedną poważną wadę – brak ciekawych utworów. Przynajmniej dla mnie. I nie zrozumcie mnie źle, nie są to kompozycje drastycznie odbiegające od kanonu którego trzyma się grupa. Jednak mi zapadły w pamięci jedynie dwa numery. Przyjemne „Elthe Kyrie” i „Tou Thanatou”. A to stanowczo za mało abym jedenasto ścieżkową płytę nazwał albumem dobrym pod każdym względem. Tym bardziej byłem ciekaw co w trzy lata udało się zmienić Tolisom pod względem twórczym.

 

Nowe dzieło gnijącego zostało ochrzczone tytułem „The Heretics”. Pierwsze co rzuca się w oczy na okładce to powrót do klasycznego logotypu formacji. No i fajnie. Nie wiem jak innym ale mi trochę te zabawy z wyglądem, tak naprawdę wizytówki formacji, nie za bardzo pasowały. Po co zmieniać coś co przez ponad dziesięć lat bardzo dobrze działało?? Kolejnym nowum jest sam art przedstawiający stylizowaną na średniowieczną rycinę grafikę. Scena przedstawiająca wieszanie tytułowego heretyka wyszła artyście niezwykle mrocznie. Znamienna jest także obecność hierarchów kościelnych. Nie wiem czy powoli tworzy się teraz jakiś trend, ale zauważam tu dosyć silne podobieństwo z ostatnimi malunkami Behemotha…

 

Sam Sakis w jednym z wywiadów powiedział że jest to album koncepcyjny i główny nacisk podczas tworzenia położony został właściwie na warstwę tekstową. Otrzymaliśmy zatem jedenaście kawałków zgrabnie łączących się w spójną her(m)etyczną całość. Dodatkowym smaczkiem który spaja wszystkie ścieżki (a do którego tak naprawdę musiałem się przyzwyczaić) są monologi Sakisa , czasem przed a czasem po zakończeniu numeru. Monologi te są jednak bardzo ważną częścią całego wydawnictwa. Są to cytaty tytułowych „heretyków”. Już od pierwszego numeru jest ciężko. Walec o znamiennej nazwie „In the name of god” momentami przełamywany jest blastami, jednak lwią część stanowią chóry oraz stylizowane na kościelne wersety zgrabnie wtopione w tło pomiędzy zwrotką a refrenem. Nawiązanie do wcześniejszych płyt w „Vetry Zlye” gdzie pomiędzy standardowymi zaśpiewami w refrenach usłyszymy rosyjskie teksty w wykonaniu Iriny Zybiny. Jest to kolejny mariaż RC nieanglojęzycznymi wersetami (podobny zabieg wykonano na „Elthe Kyrie”).
Trzeci z kolei „Heaven & Hell & Fire” jest moją ulubioną/najczęściej słuchaną przeze mnie herezją. Kompozycja po mrocznym wstępie przeradza się w marszowo-chóralny hymn z niezwykle udanym refrenem. Prawie pięcio-minutowa uczta! Utwór posiada także jedną z niewielu solówek nagranych na potrzebę „The Heretics”.

 

Z ciekawszych numerów można jeszcze wymienić „I Believe” – wyrecytowana w języku greckim kompozycja wypełniona po brzegi riffami i metronomiczną perkusją (nie jest to typowy utwór, a raczej stanowiący w pewnym sensie celowy wypełniacz), jeszcze jeden marszowy kawałek w postaci „Fire God and Fear” który po raz kolejny posiada chóry, tym razem wybrzmiewające jednak w zdecydowanie mroczniejszy sposób. W trzeciej minucie rzecz nabiera spokojnego, zadumanego charakteru. Drugim w kolejności moim ulubionym numerem RC A.D 2019 jest z kolei „The New Messiah”. Posępny walec z wybitnym riffem oraz hipnotyzującym refrenem.

 

Nowe dzieło greckiej hordy stanowi w pewnym sensie monolit. Smaczki i patenty przeplatają się między kolejnymi numerami tworząc więzy, a powtarzające się co jakiś czas chóry, inwokacje, momenty wyciszeń stanowią bardziej o sile a nie powtarzalności czy braku pomysłów.

 

Rotting Christ po raz kolejny podniósł sobie poprzeczkę. Nie tylko od strony kompozytorskiej, ale także w rozbudowywaniu otoczki właściwej kompozycji. Może następna płyta będzie, wzorem Behemoth, obraniem zupełnie nowej drogi. Zobaczymy, na dzień dzisiejszy solidne 4.

 

—–

 

4/5

 

—–

(Visited 62 times, 1 visits today)
Grzegorz Gruszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.