Accept

Rise Of Chaos

—–

(2017) Nuclear Blast

 

Piętnasty studyjny album Accept nie wnosi specjalnie nic nowego do muzyki Niemców. Od 2010 roku, kiedy to muzycy wrócili z nowym wokalistą – Markiem Tornillo – kroczą utartą ścieżką. Nie zaskakują, ale i nie zawodzą. A tego pierwszego bardzo szkoda.

 

Już na następcy fantastycznego „Blood of the Nations” wyczuwalna była lekka monotonia. Jednakże kompozycje z tamtego okresu potrafiły się obronić chwytliwością, jakąś niekonwencjonalną melodyką. No i głos wokalisty nadal brzmiał w połączeniu z muzyką Accept bardzo świeżo. Warto także nadmienić, że „Rise of chaos” jest pierwszym albumem nagranym z przyjętymi do składu w 2015 roku Uwe Luisem oraz Christopherem Williamsem.

 

Lata jednak lecą i w 2017 roku sumptem Nuclear Blast został wydany czwarty LP formacji po powrocie z niebytu. 10 kompozycji, łącznie nieco ponad 46 minut rasowego heavy metalu. Niby standard.

 

Jak wspomniałem na samym początku Niemcy nie zaskakują niczym szczególnym. I tak słuchacz raczony jest w „Die by the sword” z jednej strony kąśliwymi zaśpiewami Marka (których na pęczki było już niestety na wcześniejszych albumach), z drugiej typowymi dla Wolfa riffami. Taki stan rzeczy tyczy się większości numerów. Nie jest to wprawdzie zjadanie własnego ogona. Accept w żadnym wypadku nie stał się drugim Motorhead. Jednak z perspektywy czasu przyzwyczaiłem się, że co któreś wydawnictwo re-definiują nieco swój styl. Nie tym razem. Całę szczęście jestem w stanie znaleźć w tej ich stagnacji pewne pozytywy.

 

W tytułowym „Rise of Chaos” udało się bowiem muzykom stworzyć przyjemny refren, który wsparty kanonadą riffów może robić wrażenie. „Koolaid” – nieco bardziej feelingowy numer. Tekst kompozycji odnosi się do masakry w Jonestown, w Gujanie, gdzie 900 osób świadomie otruło się napojem z dodatkiem cyjanku. Sam tytuł natomiast odnosi się do osób, które narażają swoje życie w celu uzyskania pozornego zbawienia. Z kolei „Analog Man” jest wyśpiewaniem żalu wokalisty odnośnie do nieustającego postępu technologicznego. Czuć tutaj zdecydowanie ducha AC/DC.

 

Prawdziwą petardą jest natomiast ósmy „Worlds Colliding”. I na to czekałem od samego początku tego albumu. Stopniowo rozpędzający się rocker z najbardziej chwytliwym momentem (refrenem) na płycie. Pojedynczy riff Hoffmanna rozwijający się z czasem w całe instrumentarium. Do tego Tornillo, którego linie melodyczne w refrenie brzmią niezwykle świeżo. Nie słyszałem jeszcze, żeby wcześniej śpiewał aż tak melodyjnie.

 

Reasumując: Accept A.D. 2017 nie zawiódł. Nie przysporzył sobie także nowych fanów. Komu ma się ten album podobać, ten na pewno nie będzie narzekał. Kto liczył na fajerwerki, niech liczy dalej, na kolejny album. Accept na dzień dzisiejszy stoi twardo tam, gdzie stał i ani myśli się z kimkolwiek ścigać. Ani zejść z piedestału.

 

P.S. Fani Accept, dodajcie sobie jeden punkcik 😉

 
 

—–

 

3/5

 

—–

(Visited 11 times, 1 visits today)
Grzegorz Gruszka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.